• An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow
  • An Image Slideshow

Spis treści

Wstęp 

Jest taki moment tuż przed bitwą kiedy nic się nie dzieje. Działa stoją na pozycjach. Działony rozstawione. Rozkazy wydane. Wszystko zostało sprawdzone po kilka razy. Nic, absolutnie nic nie można już poprawić. Wtedy pojawia się strach. Nie tylko o siebie, synów, którzy stoją przy armacie, o kolegów którymi dowodzę, i tych z innych pułków stojących tak jak my na pozycjach w oczekiwaniu na rozpoczęcie batalii. To jest rzecz jasna inny strach niż ten 200 lat temu, w lutym 1807 roku na polach pod Ostrołęką. Nie przyszliśmy tu ani zabijać, ani ginąć. Nikt nie ryzykuje życia dla widowiska. Nie walczymy „naprawdę”. To pokaz, nie walka, nawet nie rywalizacja (może wśród dowódców) Ale ... wypadki zdarzają się nawet na boisku sportowym. Karabiny i działa nie strzelają wprawdzie kulami, ale jak Pan Bóg dopuści to i z kija wypuści - mawiają na Kurpiach. Przecież strzelamy prochem, nie pierzem; konie naprawdę galopują, lance, szable i bagnety krzyżują się w potyczkach. Wypadki się zdarzają i to nawet groźne. Są więc emocje i strach i to oczekiwanie. Myśl przebiega wstecz, czy nie zaniedbałem niczego co może mieć wpływ na przebieg widowiska? Jak to dobrze, że jestem tu tylko żołnierzem. Nie odpowiadam za wszystko tylko za malutką cząstkę - baterię artylerii polowej. Co muszą teraz czuć organizatorzy; osoby naprawdę odpowiedzialne za całość inscenizacji. Mnie pocą się tylko ręce i zaschło mi w ustach. Kiedy się wreszcie zacznie coś dziać? Markietantka odgaduje mój stan i podaje metalowy kubek z wodą. Spłukuję kurz podniesiony przez kopyta koni i smak cierpkiego litewskiego wina. Myśli cofają się do przygotowań inscenizacji.